,,Ludzkie serce ma swoje ukryte skarby
Trzymane w sekrecie, zapieczętowane ciszą;
Myśli, nadzieje, przyjemności, marzenia,
Ujawnione straciłyby cały czar''.
- Charlotte Bronté, Wieczorna pociecha
- Znowu gadasz głupoty, Care. - stwierdził Will, bawiąc się sztyletem. - Shax zabił tę małą wiedźmę i po sprawie.
Carmen spiorunowała go wzrokiem.
- Wiesz dobrze, że Shaxy działają na czyjeś polecenie - starała się mówić spokojnie, ale głos jej drżał z hamowanej wściekłości.- On miała około 10 lat - prychnęła.
Wszyscy mieszkańcy Instytutu zgromadzili się w salonie, tymczasowo robiącego za salę obrad. Henrick i Roxanne siedzieli obok siebie na kanapie, Thomas na podłodze przed kominkiem, Jesse i Dean stali obok siebie przy oknie, a Charlotte, Sophie i Carmen siedziały sztywno na krzesłach przyniesionych z jadalni.
- A co to ma do rzeczy? - Will przestał obracać sztylet w palcach i spojrzał prosto na Carmen.
- To, że ta Podziemna nie mogła się nikomu w niczym narazić, więc Shax nie mógł jej zaatakować. - odpowiedź Carmen uprzedził Jesse, który od razu wyczuł że jeśli nic nie zrobi Carmen i Will znowu się pokłócą.
- Ale po co my się tym w ogóle zajmujemy? - upierał się Will. - To Podziemna.
Nawet Carmen, która nienawidziła Podziemnych, spojrzała na niego ze zdziwieniem.
- Przede wszystkim to było dziecko, Williamie. - powiedziała cicho, wbijając wzrok w twarz chłopaka.
- Ale Podziemna - do dyskusji dołączył Dean. Zrobił krok w stronę Carmen. Jego spojrzenie było obojętne, niemal okrutne. - I nie kłam, Care, że ona cokolwiek cię obchodzi. Masz głęboko w dupie czy zajmiemy się tą sprawą. Znam cię.
Carmen poczerwieniała. Błyskawicznie znalazła się przy Deanie, popchnęła go na ścianę i przyłożyła mu sztylet do gardła.
- Nic o mnie nie wiesz! - wysyczała. Przycisnęła nóż mocniej do szyi chłopaka. Na jego gardle pojawiło się cienkie, czerwone nacięcie. - Nikt nic o mnie nie wie!
- Carmen! - Charlotte zerwała się z krzesła i podbiegła do przyjaciółki. Chwyciła ją za ramię.
Herondale spojrzała najpierw na Lottie, a potem na Deana.
- Sukinsyn - warknęła do niego, ale cofnęła się, spoglądając na niego wrogo. Sztylet zniknął.
- Czy z kłótni z tobą, Care zawsze musi wyniknąć bójka? - głos Willa był obojętny, ale oczy błyszczały mu zadowoleniem.
Nikt mu nie odpowiedział.
- Wracając do tematu: Shax nie mógł zabić tej czarownicy - Henrick usiłował dalej prowadzić normalną rozmowę. - Już to ustaliliśmy. Zresztą, Carmen i Jesse twierdzą, że to wyglądało na robotę jakiegoś Przyziemnego bandyty.
- Skąd mamy wiedzieć, że nie kłamią? - ku ogólnemu zaskoczeniu, to Thomas się odezwał.
Wszyscy skierowali na niego wzrok. Bystre, zielone oczy chłopaka spoglądały spokojnie na Henricka.
- Sugerujesz, że my... - tym razem, ku zaskoczeniu zebranych to Jesse wystąpił do przodu z płonącymi oczami - Ta dziewczynka została POĆWIARTOWANA, Tom. Nożem. Myślisz, że coś takiego zrobiłby Shax?
Thomas podniósł na niego wzrok. W jego oczach był cień zaskoczenia.
Zapadła cisza. Wszyscy patrzyli to na Jessego, to na Thomasa.
- Zgłodniałam - ciszę przerwała Sophie. Wstała uśmiechając się, chociaż wargi jej drżały. - Wy nie?
Jesse i Thomas oderwali od siebie wzrok i wlepili go w Sophie.
- Świetny pomysł. Ja też zrobiłam się głodna - Carmen od razu pojęła plan koleżanki.
- Cóż, dzisiaj już i tak niczego nie wymyślimy - dołączyła się Roxanne.
Carmen wzięła Jessego pod ramię i wręcz wywlekła go z salonu. Zbiegli po schodach na dół, milcząc. Wyszli z Instytutu i skierowali się do metra. Dopiero tam Carmen się odezwała.
- Co ci odbiło? - syknęła, patrząc na przyjaciela spode łba.
Jesse zacisnął szczękę , nie patrząc na dziewczynę.
- Jesse, pytam o coś! - wycedziła przez zaciśnięte zęby.
- Zarzucił nam kłamstwo! - wybuchnął chłopak.
Kilka osób rzuciło im zaciekawione spojrzenia. Carmen pokazała im język.
- Głupi Przyziemni - burknęła.
Wyjęła swoją stelę i szybko nakreśliła na swoim przedramieniu Znak Niewidzialności. Skóra zapiekła ją, ale był to przyjemny ból. Znajomy.
- Nie są głupi - odparł łagodnie Jesse, zabrał z jej ręki stelę i zrobił sobie taki sam Znak.
- Oczywiście, że są. - prychnęła Carmen. - Durni, ślepi i niewdzięczni. Ale nie zmieniaj tematu!
- Ja? - zadziwił się chłopak. - To ty zaczęłaś mówić o Przyziemnych.
Carmen się skrzywiła, ale nic nie odpowiedziała.
Pół godziny później siedzieli już w restauracji, w najodleglejszym kącie sali.
- A może ta Podziemna zabiła się sama?
Care spojrzała na przyjaciela z niedowierzaniem.
- Teraz sugerujesz, że popełniła samobójstwo?
Jesse wzruszył ramionami i odwrócił wzrok. Resztę wieczoru spędzili w milczeniu.
***
- Idź przodem, zaraz cię dogonię - głos Carmen w ciemnościach zabrzmiał nienaturalnie.
- Ale... - zaczął Jesse, spoglądając na przyjaciółkę.
Krótkie, ostre spojrzenie dziewczyny natychmiast zamknęło mu usta. Odwrócił się na pięcię i odszedł bez słowa.
Carmen w tym czasie ruszyła wolno chodnikiem. Ludzie mijali ją, nie zaszczycając nawet jednym spojrzeniem, więc była pewna, że czar dalej działa. Nagle usłyszała jakiś szelest. Znieruchomiała i sięgnęła do kieszeni kurtki. Wyjęła seraficki nóż i odwróciła się błyskawicznie, szepcząc do noża:
- Nakir.
Nóż rozjaśnił się blaskiem, a Carmen zamarła.
Za nią, jakiś kawałek dalej stał nastoletni chłopak. Ale nie był to żaden demon ani nawet Podziemny. Chłopak był zwykłym Przyziemnym.
Ale nie to tak wstrząsnęło Carmen.
Po lewej stronie twarzy chłopaka biegły trzy, nierówne blizny, wykrzywiając jego twarz w diabelski grymas.
Jedna blizna obniżała wewnętrzny kącik oka ku dołowi, druga jeden kącik ust ściągała w dół, tak, że młodzieniec wyglądał na wiecznie niezadowolonego. Trzecia blizna zaś przecinała tylko brew.
I chłopak patrzył prosto na nią, mimo czaru chroniącego.
- Kim ty, do cholery, jesteś?!
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Heeej, kochani!
Nareszcie nowy rozdział, co? Mam nadzieję że wam się podoba, bo teraz się zacznie dopiero!
Mi osobiście rozdział się podoba ;3 Mogę wam też zdradzić, że zaczęłam nawet 3!
I chciałam was przeprosić, że to tak długo, ale wiecie... szkoła -,-'
sobota, 12 października 2013
sobota, 14 września 2013
Rozdział 1 ,,Strzeż się, Córko Dymu i Kości!''
- Alexander Pope, Heloiza do Abelarda,,Udziel mi więc twych cierpień, płaczmy razem na nie! Ach,nie dziel ich, niech wszystko mnie samej zostanie''
Carmen Herondale zaklęła, wyszarpała sztylet z ciała i cofnęła się w porę żeby zobaczyć jak ciało demona kurczy się i znika.
Dziewczyna z zadowoloną miną wytarła zakrwawiony sztylet o bluzkę i odwróciła się z triumfującą miną do Jessego. Ale za nią nikogo nie było.
- Jesse? - rzuciła w ciemność. - Jesse, to nie jest zabawne!
Ostrożnie, z irytacją w oczach ruszyła w stronę miasta, zastanawiając się, co znowu jej przyjaciel wymyślił.
- Carmen - głos był cichy i dochodził z zaułka na prawo od dziewczyny.
Carmen z ulgą weszła w zaułek.Ale ulga była chwilowa, bo
Podniosła niedowierzający wzrok na przerażonego Jessego. Oczywiście, on nie mógł tego zrobić. Był za bardzo delikatny, nie tolerował widoku krwi.
- Przyziemna? - zapytała spokojnie Carmen, klękając obok zmasakrowanego ciała i przyglądając się twarzy dziewczynki beznamiętnie.
Jesse tylko potrząsnął głową. Nie mógł patrzeć na ciało dziewczynki. Dziwił się, jak Carmen może tak spokojnie sobie klęczeć przy niej. A jednocześnie ją za to podziwiał. Och, jakże on ją podziwiał.
- Nie? - zdziwiła się Carmen i przyjrzała się uważniej dziewczynce. - Och, masz rację. Ma błony między palcami. To czarownica.
I nie czekając na reakcję Jessego chwyciła dłoń dziewczynki.
I nagle dziewczynka otworzyła oczy. Carmen pospiesznie się cofnęła i otworzyła szerzej oczy.
Dziesięciolatka skierowała na nią niewidzące oczy a z jej ust wydobyło się charczenie.
- Strzeż się, Carmen Herondale! - głos dziewczynki był skrzeczący. Wydobywał się z jej krtani z niezwykłym trudem. Wywróciła oczami tak, że widać było tylko białka. - Strzeż się, Córo Dymu i Kości! Jak mordujesz tak sama zostaniesz zamordowana! Strzeż się! Strzeż się, strzeż się, strzeżsięstrzeżsięstrzeżsię..... - szept zmienił się w mrożący krew w żyłach krzyk, a Carmen nic nie mogła poradzić na strach, który nagle wezbrał głęboko w niej samej.
I wtedy wszystko umilkło. Czarownica dostała drgawek po czym znieruchomiała.
- Myślisz że...? - Jesse nie dokończył.
- Nie żyje? - dokończyła za niego Carmen i wstała zwinnie. - Tak, teraz już na pewno nie żyje.
Przeciągnęła się lekko i mruknęła z zadowoleniem.
- Cóż, Henrick z pewnością się tym zainteresuje. - stwierdziła i uśmiechnęła się swoim zwykłym krzywym uśmieszkiem..
Odrzuciła włosy na plecy i odsunęła się o kilka kroków od ciała.W blasku wschodzącego słońca wyglądała jak średniowieczna księżniczka czekająca na swojego księcia. Cóż, bynajmniej prawie.Carmen bowiem żadnego księcia nie potrzebowała. Świetnie sobie radziła sama.
Za to Jesse był jej dokładnym przeciwieństwem. Delikatnej budowy, o wrażliwym charakterze, nie tolerował najprostszych Znaków. Nie umiał walczyć i bał się demonów. Już wiele razy chciał uciec i zostać zwykłym Przyziemnym. Żałosne.
- On kocha Podziemnych - kontynuowała Carmen bawiąc się sztyletem. Jesse uniósł głowe i zobaczył że na wargach przyjaciółki błąka się lodowaty uśmieszek. - Nie rozumiem go. Jak można kochać Podziemnych?
- Care. - Jesse nagle znalazł się obok dziewczyny. Położył jej rękę na ramieniu, a Carmen drgnęła.- Co ty masz do Podziemnych?
Carmen tylko prychnęła i odwróciła się.
Szczerze to ona sama nawet nie wiedziała, dlaczego tak nienawidzi Podziemnych.
***
- Martwa Podziemna na ulicy pełnej Przyziemnych? - spytał z niedowierzaniem młody, brązowowłosy mężczyzna patrząc z niedowierzaniem na znudzoną Carmen, opierającą się o framugę drzwi i czyszczącą sobie idealne paznokcie stelą.
- Nie na ulicy, tylko w zaułku i to dosyć daleko od ulic. - ponieważ Carmen zbytnio nie kwapiła się do rozmowy, to Jesse udzielił odpowiedzi mężczyźnie.
- Ale skąd tam się wzięło to ciało?
- A co my wróżki? - mruknęła zirytowana Carmen i szybko schowała stelę do kieszeni. Widocznie uznała że jej idealne paznokcie są idealne (? xD)
- Czyli sugerujesz, że to Shax zabił tę dziewczynkę? - Henrick uniósł brwi.
- Nie wydaje mi się - Carmen nagle zrobiła się poważna. - Dlaczego akurat jakąś małą Podziemną? Przecież Shaxy działają na polecenie czarowników. Wątpię, by ta mała naraziła się jakiemuś - Carmen uniosła jasną brew.
Henrick spojrzał na nią w zamyśleniu.
- Chyba masz rację, Carmen.
- Bo mam. Jak zawsze.
Mężczyzna zignorował ją i odwrócił się na pięcie.
- Zawołajcie resztę i zbierzcie się w kuchni. Ja pójdę po Roxanne. - rzucił przez ramię i wyszedł.
Carmen niechętnie spojrzała za nim.
- Ja sprowadzę Willa i Charlotte a ty Sophie i Deana. Och i jeszcze Thomasa!
Po czym odwróciła się i nie czekając na odpowiedź poszła szukać Willa i Charlotte.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Taaak... nareszcie dodałam! Pisałam ten rozdział na lekcjach, wszystkich po kolei! xDD
Szczególnie podoba mi się ten lodowaty uśmiech Carmen ;3
A tak wgl, to piszcie co myślicie!
Zależy mi na tym! ^^
Oliwia, takie cos dla ciebie: Charlotte dałam jej imię bo mnie prosiłaś xD Możesz się uważać za jej stwórczynię xD
czwartek, 29 sierpnia 2013
Początek
Hej
Myślę nad usunięciem go, bo nie mam weny ;_;
Ale co tam.
Chodzi o to, że bardzo kocham Dary Anioła, a więc postanowiłam stworzyć coś na tej podstawie.
Stworzyłam swoją własną postać - Carmen Trueblood. To będzie główna bohaterka, jednak inne postacie z DA się pojawią, a jak! ^^
I to chyba na tyle!
Zachęcam do czytania ;*
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)